- Tytuł : Niebezpieczny pies? Radź pan sobie sam
- Dodano: 24/08/09
W czwartek kaukaz pogryzł dwa psy i kota. - Kiedy skończy ze zwierzętami, rzuci się na nas - mówią wystraszeni ludzie, na których podwórko się przybłąkał. Dlaczego nikomu nie zależy na pozbyciu się bezpańskiego psa z działki w podtuszyńskim Dylewie?
Wielka suka owczarka kaukaskiego wygrzewa się leniwie pod krzakiem tui. W piątkowe południe temperatura w cieniu nie spada poniżej 30 stopni Celsjusza, więc pies - z otwartym pyskiem i wywalonym jęzorem - ciężko ziaje przez sen. Kiedy wchodzimy na działkę, unosi sennie głowę i zaczyna warczeć. Ale z cienia nie wychodzi.
Fredka, Kami i owczarek
Owczarek pojawił się na działkach w Dylewie kilka tygodni temu. Nie wiadomo skąd przyszedł, ale ciepłe posłanie i miskę jedzenia znalazł u jednej z mieszkanek Dylewa. Kiedy ta w środę nagle wyjechała, pies został sam. Ponieważ działka, na której mieszkają państwo Artur Kowalczyk z żoną Elizą Tomala-Kowalczyk jest od strony rzeki nie ogrodzona, owczarek uznał to za zaproszenie. Jeszcze tego samego dnia zaczął przechadzać się rabatkami i dróżkami przed domem. - Wystawiliśmy psu wodę przed bramą. Kiedy idzie pić, zamykamy furtkę. Ale
Zanim owczarek pojawił się na działce, państwo Kowalczyk opiekowali się dwoma jamnikami - Fredką i Kami oraz trzema kotami. Jamniki kilka razy obszczekały zwierzę. W czwartek, kiedy psy znalazły się blisko siebie, suka rzuciła się na Fredkę. Kilka godzin później została zaatakowana Kami. Suka chwyciła jamnika zębami i zaczęła nim tarmosić na wszystkie strony. Gdyby nie interwencja Barbary Tomali, zagryzłaby małego psa. - Chwyciłam owczarka za kark i odciągnęłam go od Kami - wspomina. - Gdyby nie to, już byłoby po niej. Teraz jest w szpitalu.
Pan Artur uznał, że pies jest niebezpieczny i że trzeba się go pozbyć.
Telefony, telefony...
Najpierw zadzwonił do straży miejskiej w Tuszynie, ale w słuchawce usłyszał, że strażnicy nie mogą odławiać zwierząt. - Tym zajmuje się specjalna firma, która najpierw musi dostać zlecenie na piśmie od urzędu miasta - informuje Zbigniew Pietrzyk ze straży miejskiej w Tuszynie.
Na podwórku u państwa Kowalczyków wszędzie pełno zabawek. - Sonia nie ma jeszcze trzech lat, jest malutka, lubi się bawić na dworze. Co będzie, jeśli pies rzuci się na nią? - pyta pan Artur. Dlatego następny telefon wykonał na policję. - W słuchawce od dyżurnego usłyszałem jednak, że odłowem psów zajmuje się... straż miejska, po czym dostałem numer telefonu do strażnika, z którym rozmawiałem kwadrans wcześniej.
Piątek rano. Kolejny telefon do straży miejskiej i znów porażka. Pan Artur dzwoni do schroniska dla zwierząt. Tam słyszy, jak bardzo schronisko jest zatłoczone. I dopóki się nie opróżni jakiś boks, schronisko nic nie zrobi.
Zdesperowany Kowalczyk dzwoni bezpośrednio do Zarządu Dróg i Zieleni Urzędu Miasta w Tuszynie. Telefon odbiera inspektor Zofia Busiakiewicz. - Obiecała, że pies zostanie odłowiony, gdy tylko Hotel dla Zwierząt z Łodzi, z którym Tuszyn ma podpisaną umowę, będzie "dysponował wolnymi siłami przerobowymi".
- Czyli kiedy?
- W poniedziałek - mówi pan Artur. - Przecież ja nie mogę czekać do poniedziałku, aż owczarek zaatakuje córkę! - złości się.
Kolejne bezowocne telefony: do starosty (ma posiedzenie, z którego nie może wyjść), do burmistrza (który nie może zająć się sprawą, bo jest zawieszony), do zastępcy burmistrza (nie odbiera).
- Chciałem nawet dzwonić do koła myśliwskiego. Ale dowiedziałem się, że jeśli myśliwy odstrzeli zwierzę, to będę miał prokuratora na karku. Czyli żywy pies, który stanowi zagrożenie, nikogo nie interesuje, ale martwy już tak? - zastanawia się pan Artur.
Dobry złego koniec?
Na kilkanaście minut przed zamknięciem urzędów odbiera Jan Bielicki, zastępca burmistrza. - Obiecał, że pies będzie odłowiony jeszcze w piątek. Jeśli nie zrobi tego Hotel dla zwierząt, do czego jest zobligowany umową, to na działce pojawi się straż miejska z kimś, kto może odłowić zwierzę - opowiada pan Artur.
Do wieczora nikt się nie pojawił.
Bartłomiej Dana
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź
|