pies, rasy psów, hodowle   
Nasze konto NK
Co w świecie słychać
  • Tytuł : Kłócili się kto ma pomóc, a pies cierpiał
  • Dodano: 23/06/09


Przez cztery dni roczny kundelek wył uwięziony w szparze między drzwiami jednego z łódzkich mieszkań... Jak się zakończyła akcja uwalniania psa?
Do skomlenia kundelka lokatorzy kamienicy przy ul. Franciszkańskiej byli już przyzwyczajeni. Tym razem jednak było inaczej: pies wył dwa dni bez przerwy. W końcu ludzie nie wytrzymali i zadzwonili do Łódzkiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. W sobotę na miejsce pojechała Ewa Nawalny, prezes towarzystwa. - Usłyszałam przeraźliwe ujadanie - opowiada. - Ponieważ właściciele mieszkania, z którego dochodził jazgot, nie otwierali, zostawiłam kartkę z prośbą o kontakt.

Do poniedziałku rano nikt nie zadzwonił. Dlatego o godz. 10 Nawalny postanowiła zorganizować akcję uwolnienia psa. Zaangażowała straż pożarną i miejską, policję, administratora budynku, ślusarza. - O interwencję poprosiłam też schronisko dla zwierząt, które jako jedyne w mieście może odebrać psa z mieszkania - opowiada. - Dysponuje też samochodem, którym można przetransportować zwierzę. Na akcję umówiliśmy się na godz. 13.

Na miejsce przyjechało aż 13 osób. Wszyscy słyszeli skomlenie. Brakowało tylko kogoś ze schroniska dla zwierząt.

- Dzwonię i pytam, kiedy będą - opowiada Nawalny. - Usłyszałam, że nikt ze schroniska nie przyjedzie.

Bogumiła Skowrońska-Werecka, dyrektorka schroniska: - Prośba pani Nawalny była obrzydliwa. Nie mam obowiązku udostępniać samochodu, który w tym samym czasie może posłużyć do uratowania innych piesków.

Po godzinie strażacy zdecydowali się wkroczyć. Wyważyli drzwi i znaleźli kundelka, który utkwił w szparze. Był wychudzony i bezradny. Jak się później okazało, lokatorzy wyprowadzili się z mieszkania, zapominając o zwierzęciu.

Nawalny poprosiła o zabranie kundelka, ale nikt nie mógł tego zrobić. Zadzwoniła więc do Ewy Jasińskiej z wydziału gospodarki komunalnej, której podlega schronisko na Marmurowej. Prosiła o interwencję.

Skowrońska-Werecka: - Nie będę współpracować z Łódzkim Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami. Mogłam odmówić wykonania polecenia służbowego. Kodeks pracy dopuszcza taką ewentualność.

- Nie zniosłam bezczelności pani Skowrońskiej - mówi prezes Nawalny. - Założyłam psu obrożę i wyprowadziłam go z mieszkania. Na szczęście nie był agresywny. Był za to bardzo odwodniony i głodny, wypił dwa litry wody.

Zbulwersowana Nawalny zamierza pozwać właścicieli psa do sądu. Zwierzaka zaprowadziła do wydziału gospodarki komunalnej i... przywiązała do stołu, przy którym siedzi Jasińska.

Nawalny: - Nie mogłam go zabrać do domu, bo nie mam miejsca. Przecież gdyby nie ja, pies by zginął. Ale samowola w łódzkim schronisku to skandal.

Co na to dyrektor Skowrońska-Werecka? - Wszyscy, którym zależy na zwierzętach, powinni bić mi pokłony, bo jestem druga po świętym Franciszku z Asyżu. Ale nie mam obowiązku uczestniczyć w spektakularnych akcjach łódzkiego towarzystwa.

A co z psem? - Nic mu nie jest - kończy Jasińska.

Bartłomiej Dana
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź


dodajdo



Dodaj swój komentarz

Jeśli chcesz dodać komentarz dla tej wiadomości, wypełnij poniższy formularz.

Treść komentarza